Across The Cursed Lands – 18 – Muzeum z narządami

Kiedy Jeffersona obudziły zbyt mocne promienie słońca padające na jego twarz przez okno, nie poczuł przy sobie ciała lekarza, który wczorajszego wieczora zasnął tuż przy nim. Za to kiedy otworzył oczy, zauważył, że drzwi na balkon są szeroko otwarte, wpuszczając do pokoju świeże powietrze, a zza nich dochodził go nie tylko szum rzeki płynącej przy budynku, ale też… pluskanie.
Jefferson zdziwił się, że William jest tak wcześnie na nogach. Uniósł się nagi na łóżku i wstał z niego, po czym poszedł na balkon. W ustach miał dziwny posmak, którego w pierwszej chwili nie mógł skojarzyć. Potem przypomniał mu się poprzedni wieczór. Zaburczał pod nosem jakieś przekleństwo i oparł się zupełnie bez krępacji z powodu swojej nagości o barierkę balkonu. Spojrzał w stronę, skąd dochodził hałas.
Dostrzegł bladą postać przy brzegu. Do tego nagą. Stała tyłem do budynku, zanurzona w rzece po kostki i najwyraźniej się myła. Spodnie, buty, koszula i muszka, a nawet czarna opaska ułożone były na dużym głazie przy rzece. Obok Jefferson dostrzegł nawet kilka puszek z jedzeniem, które najwyraźniej William miał zamiar zjeść. Uśmiechnął się pod nosem, po czym przyłożył palce do ust i zagwizdał na nich bardzo głośno, jak na panienkę z burdelu.
William odwrócił się gwałtownie w jego stronę i widząc Jeffersona, zasłonił szybko dłonią prawą część twarzy.
- Wiesz, że uprzejmiej byłoby rzucić “dzień dobry”, a nie na mnie gwizdać?! – powiedział głośno w jego stronę. – Czy wyglądam, jakbym miał biust albo kopyta?
- Nie – zarechotał Ranger. – Ale masz dupę!
- Powiedziałbym nawet, że ty też – odpowiedział William i ponownie odwrócił się do niego plecami, kucając w wodzie i pochylając głowę, żeby umyć włosy.
Jeff pokręcił głową nadal z dobrym humorze. Wszedł już bez słowa do pokoju i rozejrzał się po nim, szukając czegoś do picia. Niestety jedyne co znalazł to wczorajszą, niedokończoną butelkę Jacka Danielsa, która stała na gustownej komodzie. Nie zawahał się i sięgnął po nią. Upiwszy dwa łyki, dopiero zaczął się ubierać, czyli w efekcie nasunął tylko spodnie, buty i zabrał pas z kaburami. Wyszedł z pokoju i ruszył na dół zainspirowany pomysłem Williama, aby umyć się w rzeczce.
Kiedy wyszedł już na zewnątrz, powitał go ciepły, przyjemny wiatr. Po obejściu budynku trafił na brzeg rzeki, gdzie już dostrzegł Williama wycierającego się ręcznikiem, który zapewne znalazł wśród wyposażenia ośrodka. Wciąż był nagi i stał na gęstej trawie przy swoich ubraniach. Jeff uśmiechnął się do siebie, przyglądając się jego chudemu, blademu ciału. Nie gustował w takich mężczyznach, ale William był na miejscu. Nie miał prawa narzekać. No i nie był brzydki.
- Już czyściutki? – zaśmiał się, podchodząc do niego i odkładając najpierw broń na trawę, potem od razu zaczynając się rozbierać w ogóle nie skrępowany.
- Tak – odpowiedział William, odwracając się w jego stronę, kiedy zawiązał w pierwszej kolejności opaskę na oku, z czego Jefferson aż się zaśmiał. Z mokrych włosów skapywały mu strużki wody na ramiona. Kiedy jednak zobaczył, że Jefferson się rozbiera, automatycznie zlustrował jego ciało i zwilżył delikatnie koniuszkiem języka dolną wargę.
Jeff akurat zdejmował buty i podskakiwał na jednej nodze.
- Nie musisz się tak zakrywać. Toż niejedną bliznę w życiu widziałem i na pewno ta nie sprawi, że nagle poczuję do ciebie niechęć – zadrwił.
- Wolę, żebyś nie patrzył – odpowiedział William spokojnie, ale stanowczo i sięgnął po swoje ubrania. Zakładając je na siebie, nie odrywał ani na chwilę wzroku od Rangera. Zmienił szybko temat i wskazał na swoje puszki z jedzeniem. – Zjemy tu śniadanie?
- Jak chcesz, chociaż myślałem, że nie lubisz obcować z naturą – odparł Ranger i kiedy był już nagi, wszedł do chłodnej wody w rzece. Głębiej niż William i zaczął się myć.
- Tutaj nie zagraża nam żadna dzika bestia, które może wyskoczyć na nas zza pleców, więc nie mam nic przeciwko – stwierdził lekarz i kiedy sam się ubrał, usiadł na głazie. Sięgnął po jedną z puszek i nóż, który przyniósł z kuchni, żeby je otworzyć.
Jefferson nie odpowiedział, bo zanurzył się cały pod wodą. Po chwili z niej wyskoczył i potrzasnął mokrymi, ciemnymi, prawie że czarnymi włosami. Ochlapał się jeszcze dwa razy wodą i nagi wyszedł na brzeg.
- Co w ogóle przyniosłeś? – zaciekawił się, sięgając po jedną z puszek. Nie fatygował się ubieraniem.
- Szpinak, kukurydzę i dwie puszki z tuńczykiem – odpowiedział William, którego błękitne oko prześlizgiwało się po wilgotnej skórze Jeffersona. Sam trzymał w dłoni jakąś puszkę z zieloną papką, wyjadając jej zawartość. Zaczął jednak wolniej przeżuwać, jakby bardziej skupiony na badaniu spojrzeniem mężczyzny. Po jego ciemnej skórze spływały kropelki błyszczącej w słońcu wody. A do tego przy każdym oddechu jego klatka piersiowa jeszcze bardziej się rozszerzała. I nie było ani grama tłuszczu na tych cudownych mięśniach.
- A nie było jakiegoś mięsa? – spytał Jefferson, kucając kawałek od Williama. Między jego nogami widać było przez to wyraźnie jego penisa, którego okalały ciemne włoski.
- Było. Ale ryba także jest zdrowa, zjedz – polecił William spokojnym głosem, mimo że w środku aż coś nim poruszało. Widok, który miał przed sobą, był niesamowicie seksowny. Założył nogę na nogę, żeby ukryć namiocik.
Jeff zaburczał nisko, ale wziął puszkę z tuńczykiem. Podrzucił ją jeszcze w dłoni i sięgnął po spodnie. Nim otworzył swoje śniadanie, nałożył je na tyłek i usiadł na ziemi naprzeciwko Williama.
- Podaj nóż. – Wyciągnął do niego rękę.
Lekarz podał mu nóż, a kiedy Jefferson go od niego brał, tym razem jego wzrok prześliznął się po ramieniu Rangera. Cały czas wędrował z jednego kawałka jego ciała do drugiego, zatrzymując się na moment, jakby William analizował każdy skrawek dokładnie. Na twarz mężczyzny zerkał tylko kiedy odpowiadał.
- Przeszukamy ośrodek po śniadaniu? Chciałbym znaleźć salę operacyjną – rzucił.
Jeff sprawnie otworzył sobie puszkę.
- Jasne – odparł, nim zaczął jeść rybę nożem. – W ogóle co się tak rano zerwałeś, doktorku?
- Jakiś przeklęty ptak się rozkraczał, a okno było otwarte, więc się obudziłem. W mieście nie ma takich atrakcji – odparł z cichym westchnieniem, chociaż nie wydawało mu się to tak bardzo przeszkadzać. Podobał mu się ten budynek mimo wczorajszego strasznego spotkania z potworem z piwnicy.
- Ale tam też nie ma takiego spokoju jak teraz tu – odparł niewzruszony Jeff. – I w ogóle trzeba sprawdzić tą piwnicę. Skurwysyństwo, przez nie poszło z dymem wszystko – warknął, przytykając czubek noża do wargi, tak się nim bawiąc w czasie jedzenia.
- Dlatego dobrze się złożyło, że zabrałem część papierów – zauważył William, wyjadając reszki szpinaku. – Będzie można je dołączyć do tego raportu, który musisz zrobić.
- Który musimy zrobić – poprawił go Jefferson. – W ogóle nie wiesz, czy Show coś do nich pisał?
- Do agencji rządowej, które nazwy, siedziby i szefa nie chcesz mi podać? – spytał William chłodniejszym głosem. Jefferson dotychczas nie powiedział mu żadnych konkretów i miał zamiar zaznaczyć, jak bardzo jest tym zirytowany.
Mężczyzna przewrócił ciemnymi oczami. I odpowiedział dopiero, kiedy przeżuł duży kawałek tuńczyka z puszki. Ryba była słona, wodnista, a zarazem sucha.
- Ohydna – mruknął. – A co do organizacji… To działamy dla rządu. Konkretnie dla agencji podlegającej Departamentowi Wojny Stanów Zjednoczonych. I według tego co mi rozkazali, miałem się z nikim nie dzielić tą informacją, ale chyba jednak sytuacja urosła do takiej rangi, że możesz to wiedzieć.
William skinął głową, kodując tą informację w głowie. Skoro podlegali pod Departament Wojny, to agencja musiała mieć istotne znaczenie.
- I z raportem będziemy jechać…? – spytał, chcąc się więcej dowiedzieć, skoro Jefferson wreszcie stwierdził, że coś powie.
- Teraz do Alexandrii wysłać depeszę, że przyjedziemy, a potem do Kansas City – wyjaśnił Ranger spokojnym, wyważonym głosem. – Sprawy tak się skomplikowały, że trzeba będzie im to wszystko wyjaśnić w siedzibie TABiW – mruknął, zajadając sycącego, ale nienajlepszego tuńczyka. – I mam nadzieję, że Show napisał tam do nich, że będziesz ty, bo ja nie chcę się przed nimi z ciebie tłumaczyć.
- TABiW? To ta agencja, dla której pracujemy? – wychwycił William, odkładając pustą puszkę i sięgając po drugą, z kukurydzą. Podał ją Jeffersonowi. – Otwórz.
- Tajna Agencja Bezpieczeństwa i Wynaturzeń – wytłumaczył, wziął puszkę i otworzył ją szybko. Spróbował kilka ziaren kukurydzy. Wyraz jego twarzy nie wyglądał jednak, jakby specjalnie się nimi zachwycił. – Dość głupia nazwa według mnie. Głównie to “wynaturzeń”, ale te robale z piwnicy chyba można nazwać wynaturzeniem – zauważył kąśliwie.
- W takim razie mogą wiedzieć na miejscu, co to było za monstrum. Ale Jeff, jak ty trafiłeś pod skrzydła tajnej agencji, tym bardziej takiej, która, jak twierdzisz, ma siedzibę aż w Kansas City? – dopytał William zaintrygowany i wziął od niego puszkę, nabierając na łyżkę kukurydzę.
Jeff uśmiechnął się na to sztucznie.
- Na pewno nie na własne życzenie. Chociaż może… Scott powiedziałby, że byłem zbyt ambitny.
William zmrużył lekko oko, przyglądając mu się. Na szczęście dzięki ciekawiej rozmowie nie myślał tak wiele o ciele Jeffersona i wzwód mu opadł.
- Nie cieszysz się, że jednak tak pracujesz? Wyglądałeś na znudzonego eskortowaniem, więc to powinno być bardziej… ciekawe.
- I jest – odparł entuzjastycznie Jefferson. – Tylko ich sposoby werbowania są dość… specyficzne. W ogóle jak szczęście ci dopisze, to poznasz w Kansas największego dwulicowca, jaki łazi po tej ziemi.
- Tak? Jakiego? – dopytał William, jedząc spokojnie kukurydzę. Włosy już miał prawie suche dzięki słońcu, głaz, na którym siedział, był przyjemnie ciepły, a widok, jaki miał przed oczami, nie mógł być lepszy.
- Zobaczysz – zbył go trochę Jefferson. Poskrobał jeszcze nożem w swojej puszce, kiedy już skończył jeść. – Tylko, że do Kansas mamy kawał drogi. Jutro z samego rana więc Alexandria i od razu w drogę.
- Gdybym wiedział, że tyle czasu będę podróżował, nie kupowałbym domu w Austin – stwierdził William, marszcząc lekko swoje jasne brwi.
- To teraz przydałby ci się notariusz, aby go sprzedać – zaśmiał się Jeff. – I w ogóle co tam miałeś w tym domku? Naprawdę chciałeś tam osiąść?
- Oczywiście. Miasto jest duże i ma zapotrzebowanie na lekarzy. Nawet w postaci naukowca bym się tam spełnił. – Lekarz przypomniał sobie, jak dużo zaczętych projektów wynalazków tam zostawił. Wszystkie plany i pomysły. Niestety na zjazd w Galveston zabrał niewiele bagażu. Ledwie jedną walizkę, a większość jego rzeczy została w Austin.
- Ach – odparł Ranger sucho.
- Tak właśnie – podkreślił lekarz i odłożył pustą puszkę. Czuł się najedzony. – Możemy przeszukać ośrodek.
Jeff skinął głową. Założył buty i wstał, zabierając broń i swoją pustą puszkę.
- Najpierw góra czy dół?
- Miejmy z głowy piwnicę, więc chodźmy na dół – zaproponował lekarz, wstając i poprawiając muszkę pod szyją.
Jeff w samych spodniach i wysokich, podbitych butach skinieniem głowy zgodził się z jego pomysłem. Przeszli więc obaj do wyludnionego pensjonatu i od razu ruszyli do drzwi prowadzących do piwnicy.
Kiedy zeszli na dół, spostrzegli, że pomieszczenie mieszczące się przed biurem za ciężkimi, metalowymi drzwiami, nie było zbytnio naruszone pożarem. Jednak wiedzieli, że wybuch upiorytu po drugiej stronie na pewno narobił szkód.
Zanim Jefferson otworzył zasuwę w metalowych drzwiach, William położył mu dłoń na ramieniu.
- Upioryt może się dalej palić, jeśli było go tam dużo.
Jeff skinął głową na znak, że rozumie. Był nawet tego pewien, bo metalowe drzwi nadal były ciepłe i musiał je otwierać, pomagając sobie znalezioną szmatą.
- Byle nic innego się poza nim nie paliło, to będzie tylko gorąco – odparł i odciągnął drzwi, gdzie poprzedniego dnia znaleźli nie tylko ludzkie zwłoki w słoikach, ale i potwora z robactwa.
Od razu buchnął w nich gęsty, ciemny i gorący dym. Na domiar złego śmierdział jak spalone mięso. Jeff aż zakasłał kilkukrotnie, przytykając ramię do twarzy. William też się rozkaszlał, aż zamykając oko, kiedy zapiekło go mocno od dymu. Dopiero po chwili je otworzył, patrząc wrogo na zadymione, spalone doszczętnie pomieszczenie. Ze zwłok nic nie zostało poza zapachem. Na całe szczęście z potwora również.
- Obrzydliwe – skomentował, trzymając się z tyłu.
Jeff nie miał zamiaru otwierać ust, aby mu odpowiedzieć. Zakrywając cały czas za twarz, na wdechu wszedł do oczadzonego bunkra i rozejrzał się. W środku było potwornie gorąco. Pot od razu wystąpił mu na plecy i czoło. Wszedł jednak głębiej, rozglądając się za czymkolwiek, co mogło przetrwać wybuch. Leżanki, na których osiadły larwy, były połamane albo poskręcane, a żaden ze słoików nawet w połowie nie ocalał. Jedyne, co zwróciło jego uwagę, to niedomknięte metalowe drzwiczki w ścianie w rogu, które wyglądały jak otwarcie sejfu. Kiedy tylko się do nich zbliżył, zobaczył, że w środku żarzą się resztki czarnych kryształków. Widać pan doktorek musiał mieć tutaj zapas upiorytu. Oczywiście czym bliżej był sejfu, a teraz gorącego do czerwoności pieca, tym bardziej czuł pot na skórze.
Rozejrzał się jeszcze i nie widząc nic ciekawego pod warstwą sadzy, która wszędzie się osadziła, wyszedł szybko z pomieszczenia. Cały czas był tam na wdechu, więc jak tylko zatrzasnął za sobą metalowe drzwi, odetchnął głębiej. Nawet mimo że tu też powietrze nie było najczystsze.
William stał wciąż z tyłu i z ulgą spojrzał na zamknięte drzwi.
- Nic nie ocalało? – spytał domyślnie.
- Poza piecem z upiorytem? Nie – mruknął i odkaszlał kilka razy. Był cały pokryty potem. – Kurewska sauna tam jest.
- Nie ma się czemu dziwić. Chociaż jest jeden plus – dodał William, zerkając na lepiące się do ud Jeffersona spodnie.
Ranger najwyraźniej nie zrozumiał, bo spojrzał na Williama jak na głupiego.
- Jaki niby?
Lekarz jednak tylko uśmiechnął się leciutko kącikiem ust i pokręcił głową.
- Nieistotne. Chodźmy na górę, skoro tutaj nie ma już czego szukać – zaproponował i nie czekając na odpowiedź, odwrócił się na pięcie, ruszając do schodów.
Jeff prychnął pod nosem, kręcąc głową z dezaprobatą.
- A tu przejrzałeś wszystko? – upewnił się jeszcze, ruszając za nim i ocierając mokrą od potu dłonią pot z czoła. Nienawidził takich sytuacji. I po cholerę się kąpał?
- Tak, dokumenty mam już w walizce, a nic więcej tutaj nie zostało. Chyba bardziej istotne rzeczy ten lekarz trzymał w tym tajnym biurze, które nam spłonęło – odparł William, docierając wreszcie na szczyt. – A sala operacyjna może być tylko na poddaszu, chodźmy.
- Mam nadzieję – mruknął Jefferson, idąc za nim. – Idź poszukaj, ja jeszcze pójdę się wytrzeć.
Lekarz obejrzał się na niego, ale przytaknął i kiedy wyszli na piętro, skierował się do schodów wiodących na poddasze. Gdy dotarł do drzwi na górze, te na szczęście okazały się być otwarte. Były całe białe, z przybitą drewnianą deseczką, na której napisano: “wstęp tylko dla pracowników”. Jako że każdy pracownik uciekł w popłochu przed potworem z piwnicy, William bez skrępowania wszedł do środka.
Pomieszczenie było dość długie i bardzo jasne. Ściany wyglądały jak świeżo pomalowane na biało. Podłogę stanowiło jasne drewno, tak samo jak wszelkie szafki w sali. Na samym środku znajdowało się łoże operacyjne, na którym położone było białe, cienkie prześcieradło. Właśnie na nim William dostrzegł kilka plam zaschniętej krwi, tak samo jak na podłodze tuż pod nim.
Zafascynowany przeszedł się wzdłuż szafek, zaglądając do pojemników z narzędziami, skrzynek i różnych puzderek. Zwilżył usta językiem, dostrzegając kilka bardzo cennych skalpeli, wzierników i różnych innych “zabawek”. Jednak kiedy doszedł do długiej, białej i prostej szafki i ją otworzył, aż zastygł w bezruchu.
W środku według wielkości i zawartości poukładane były szklane pojemniki z próżniowym zamknięciem. Wyglądały na zdecydowanie cięższe i bardziej specjalistyczne niż te, które znajdowały się w piwnicy. Narządy, które się w nich znajdowały, nie pływały też w żadnym nieklarowanym płynie. Były zawieszone na sztywno prawdopodobnie w bardzo gęstej galarecie. Ta była idealnie przezroczysta, dlatego nerki, serca, zwinięte jelita bardzo wyraźnie prezentowały się w swoich szklanych pojemnikach. William mógł z bliska przyjrzeć się dokładnie, co w każdym jest. Poza narządami, na niższych półkach w dużo większych szklanych słojach zatopione były większe fragmenty ludzkiego ciała, jak chociażby dwa mózgi, dłonie czy cały układ pokarmowy. Były nawet płuca, każde w osobnym słoiku. Na wieczkach lekarz zauważył małe karteczki z numerami.
Wyciągnął dłoń po jeden ze słoików, akurat ten zawierający serce. Kiedy spojrzał na numerek, aż zastygł zaintrygowany. To mu coś przypomniało. Przesunął jeszcze szybko spojrzeniem po każdym słoiku, aż w końcu wstał, wciąż dzierżąc ten z sercem. Ruszył pospiesznym krokiem w stronę drzwi, a potem schodkami w dół.
- Jefferson! – zawołał już w drodze.
- Co?! – usłyszał krzyk z pokoju, który zajmowali. Nie zdążył jednak do niego wejść, bo Jefferson wyszedł na korytarz, o mało się z nim nie zderzając. Miał już na sobie koszulę i kamizelkę. – Co? – powtórzył i dopiero spojrzał na słoik, który dzierżył lekarz. – Nie mów, że tego jest więcej – dodał z obrzydzeniem.
- Cała szafka – odparł William poważnie i wskazał numerek na słoiku. – Zobacz tutaj. Mówi ci to coś?
Jefferson pokręcił głową, aż nie wierząc. Wsunął jedną dłoń w kieszeń spodni.
- Numery pacjentów – burknął obrzydzony. – W ogóle, w czym to… serce? – spojrzał na słoik. – W czym to jest w ogóle?
- Jeszcze nie wiem, ale mogę zbadać. Nie ma też chyba sensu upewniać się, czy numer pacjenta zgadza się z numerem serca i czy należało ono do niego. To raczej oczywiste.
- Raczej – burknął Ranger. – Coś poza tym cudem tam jeszcze w ogóle było?
- Łóżko, trochę krwi i narzędzia. Mógłbyś mi przynieść taką metalową skrzyneczkę z narzędziami, która stoi na najniższej półce przy łóżku operacyjnym, a ja sprawdzę, w co wsadzono serce – zaproponował William, gładząc niemal pieszczotliwie słoik, który trzymał.
Jefferson, widząc ten gest, wolał nawet nie komentować.
- A nie lepiej, abyś to tam na górze sprawdził? Jak już i tak jest tam sala operacyjna? – zaznaczył ostatnie słowo.
William zamyślił się, rozważając to, ale musiał przyznać, że mężczyzna nawet dobrze mówi.
- Mógłbym, ale wezmę swoją apteczkę. Mogę potrzebować chemikaliów… Chciałbyś mi towarzyszyć? – spytał, jakby zapraszał go na randkę, a nie wspólne otwieranie słoika z sercem i jakąś galaretą.
Jefferson wykrzywił usta.
- Chyba podziękuję. Powiesz mi, co ustaliłeś, a ja… nie wiem. Rozejrzę się po okolicy.
- Dobrze – zgodził się William, ale nim ruszył po swoją apteczkę, zbliżył się do Rangera o krok i położył mu dłoń w miejscu serca. – Zdecydowanie wolę żywe – rzucił z leciutkim uśmiechem.
Jeff od razu poczuł na jego słowa zimne deszcze na plecach.
- To… dobrze – wydusił przez ściśnięte gardło. – Jakbyś wolał martwe, to bym cię tu zostawił. – “I bał się o swoje życie”, dodał w myślach.
- Znowu masz mnie za wariata – stwierdził William i pocałował go lekko w policzek.
Jeff powstrzymał się, aby się nie odsunąć. Nie miał zamiaru uciekać, ale miał Williama za wariata.
- Nie zaprzeczę – odparł z krzywym uśmiechem. – Idź lepiej macać te swoje słoiczki – spławił go, wymijając i idąc do schodów na dół.
Lekarz spojrzał za Jeffersonem z lekkim zawodem. Na szczęście miał coś intrygującego do sprawdzenia, więc nie żałował aż tak bardzo, że mężczyzna znowu go unika. Dlatego też trzymając w dłoni słoik z sercem, ruszył po swoje narzędzia, by zbadać substancję.

*

W sali operacyjnej na poddaszu William siedział przeszło trzy godziny. Oczywiście zbadanie substancji, w której zanurzone były narządy, nie zajęło mu tyle czasu, ale kiedy zagłębił się w grzebanie po skrzynkach z narzędziami i całym wyposażeniu pomieszczenia, czuł się jak w muzeum. Musiał każdej rzeczy się przyjrzeć i przemyśleć, co jest warte zabrania. Był pewien, że nikt się nie będzie ubiegał o te przedmioty. A nawet jeśli, oni będą już daleko stąd. Ostatecznie więc zszedł z poddasza z niewielką, skórzaną torbą, w którą zawinął niektóre narzędzia.
Kiedy już był w połowie schodów, do jego nozdrzy doszedł dość intensywny zapach… pieczeni i palonej sierści. Czym niżej był, tym ten stawał się intensywniejszy. Podążył za tym zapachem, krzywiąc się w duchu. Już był niemal pewien, że Jefferson upolował jakieś obrzydliwe mięso. Po drodze jeszcze schował narzędzia do walizki i ruszył dalej.
Kiedy wiedziony tą specyficzną wonią dotarł do kuchni znajdującej się za stołówką, zastał tam faktycznie Jeffersona. Stał nad kuchnią i nad ogniem opalał martwego zająca. Ten nabity był na żelazny pręt od pogrzebacza, a na stole tuż obok leżały jego wnętrzności, poobcinane łapki i inne zbędne części ciała, jak chociażby głowa.
- Widzę, że nie marnowałeś czasu – rzucił lekarz, stając obok i przyglądając się zającowi na pręcie. Nie lubił mięsa, ale zdecydowanie wolał oglądać zwierzęta w takiej formie niż jeszcze żywe.
- Nie – odparł Jefferson, uśmiechając się do martwego zwierzęcia. – Będzie… – zerknął na niego i zaśmiał się pod nosem. – Będę miał co jeść – odparł zadowolony z siebie.
- Spiżarnia jest pełna puszek z jedzeniem. Ale rozumiem, że zwłoki są smaczniejsze – odparł spokojnie William.
- Zwłoki, zwłoki, zwłoki… Strasznie źle na to patrzysz – zironizował Jefferson, montując pręt, tak aby zając sam się opiekał. – W puszce też są zwłoki, tylko starsze i ohydniejsze.
- Musimy wziąć kilka na drogę – stwierdził lekarz, nie komentując jego riposty.
- Dobra, ale na razie wolę zjeść coś wyglądającego jak mięso, a nie jak zmielone larwy w wodzie – mruknął, po czym skinął na niego głową. – Ale, ale, znalazłeś coś w tym słoiku ciekawszego niż serce?
William przytaknął i żeby nie stać jak kołek, podsunął sobie metalowy stoliczek na kółkach, po czym na nim usiadł.
- Nie rozpoznałem tej substancji, ale ma właściwości chłodzące. Jednak nie na tyle, żeby te wszystkie narządy długo przetrwały jako nadające się do użytku. Nie wiem, co sobie ten doktor myślał, ale część z nich zdążyła już lekko zgnić. W każdym razie jest to dość ścisła… galareta – stwierdził, nie wiedząc, jak inaczej to nazwać.
Jeff uniósł brwi zaintrygowany nowymi informacjami.
- No dobra, czyli… co? Do czego mu to? Do… nie wiem… przenoszenia z sali operacyjnej do drugiej? – spytał, wsuwając dłonie w kieszenie.
- Niestety nie mam żadnej teorii – William musiał przyznać niechętnie. – Nie przychodzi mi do głowy nic, co można zrobić z nadgnitymi narządami.
- Ale one są teraz nadgnite, tak? Bardzo?
- Nie bardzo. Mimo wszystko ta substancja utrzymuje je w dobrym stanie przez jakiś czas. Trzeba by się upewnić, jak długo. Łatwo to można zrobić, jak porównamy daty na kartach pacjentów do stanu, w jakim znajdują się te wciąż niezgnite narządy. Znalazłem jednak tylko kilka nadgnitych.
Jefferson skrzywił się, słuchając tego z lekkim obrzydzeniem.
- Popierdoleńcy – burknął i zerknął na swojego zająca. – Zajmiesz się tym w ogóle?
- Bardzo chętnie – odparł lekarz, którego wyraźnie intrygowała cała sytuacja. To nic, że będąc w sali operacyjnej odpłynął na długi moment myślami, kiedy patrząc na łóżko dla pacjentów, wyobraził sobie rozłożonego tam Jeffersona, którego mógłby wziąć w swoje posiadanie. Teraz jednak myśli znowu krążyły mu tylko wokół narządów, słoików i ich przeznaczeniu, którego wciąż nie znali.
Jeff tymczasem uśmiechnął się na jego słowa.
- Dobra. I rozumiem, że nie kłopotać się tobą w kwestii obiadu?
- Nie, zająca nie strawię. Znajdę sobie coś w puszkach, jak zgłodnieję. – William rzucił krótkie spojrzenie piekącemu się zwierzęciu. Zapach mu tak nie przeszkadzał, ale wyglądało według niego bardzo nieapetycznie.
Ranger wzruszył ramionami. Nawet mu to pasowało.
- Jak chcesz.
- Będę w salonie, jeśli będziesz mieć ochotę na towarzystwo – dodał William, wstając ze stoliczka, żeby zająć się sprawdzeniem dat operacji.
Jeff tylko skinął mu głową trochę na odczepnego i dźgnął swoją piekącą się zwierzynę nożem. Aż się oblizał. Mięso.

18 komentarzy (+add yours?)

  1. Katka
    lut 26, 2012 @ 23:35:24

    Mocca, “Kat i Shiv vs. teorie spiskowe czytelników” – hahaha, urocze XD Ale naprawdę, niektóre Wasze teorie spiskowe aż się proszą o urzeczywistnienie, nawet jak są tak niemożliwe, jak tylko się da XD My to uwielbiamy, haha i masz rację, mamy olbrzymią frajdę z czytania Waszych domysłów <3 A Will… zdecydowanie jest "inny". I dobrze, że widzisz w tym jego urok XD

  2. Mocca
    lut 26, 2012 @ 22:59:47

    Gordon, “chyba Mocca miala racja, byl seks ostatnio to teraz cos oblesnego ;p”
    Ja jestem wielce niepocieszona. Phi! Parę uroczych słoiczków z narządami i to juuuż? (Tak, wiem, to nie świadczy o mnie dobrze. ^^) Spodziewałam, się litrów posoki, natłoku larw, latających pod sufitem kończyn… No dobra, może nie, aż tak. A poza tym tytuł też mnie nakręcił. No dobra, wiadomo, że nie dacie BUM!, gdy wszyscy się go spodziewają. Ale przez was moja spiskowa teoria legła w gruzach, no!
    Traum z dzieciństwa ciąg dalszy. Przypomniały mi się rozpłatane żaby w formalinie. Serio, w podstawówce cały tył sali od przyrody miałam zastawiony takimi “cudeńkami”. Zapach formaliny prześladuje mnie do dziś. XD
    A co do zawartości: może on chciał na tych narządach hodować swoje super-larwy?
    Tak poza tematem: w odległej przyszłości, gdy ATCL się zakończy chcę bonus. Ale nie jakiś tam bonus. “Kat i Shiv vs. teorie spiskowe czytelników”
    A tam opisane reakcje na każdą, najbardziej nawet bzdurną teorię. (Seks – larwunie – seks -larwunie XD)
    Wy, kurczę, wiecie jak to się potoczy, no~~! I pewnie macie niezłą uciechę czytając komentarze. ;D
    Will to świr.
    Ale za to jaki uroczy~~!
    Głaskanie słoiczków, Jeff rozłożony na stole operacyjnym, stwierdzenie, że zajączka woli na ruszcie niż kicającego. Esencja słodyczy. I co z tego, że ostro popieprzonej? Też zawsze byłam inna. XD

  3. Katka
    lut 26, 2012 @ 12:57:39

    Everyman, Gordon, zapewniam, że czarnej dziury tam nie ma XD Ale fajowo, że to intryguje. W końcu to taka mała słabość Williama.
    Everyman, wena na szczęście jest! :D
    Gordon, w ogóle ta idea z okiem widzącym przez ubranie – mega XD W jakimś filmie było chyba coś podobnego, że koleś widział przez ubranie. Ale nie pamiętam tytułu i na bank to stary film.

  4. Gordon
    lut 26, 2012 @ 10:40:36

    Everyman mnie tez ta blizna dreczy ;p ale bardziej jak zareaguje Jeff i czy will sam sie odwazy pokazac ogolnie okolicznosci bo tam raczej niczego niezwyklego nie mozna sie spodziewac pod opaska tylko zwyklej blizny. Chyba ze lekarzyna tak sie broni bo ma tam jakies sztuczne oko ktore pozwala mu widziec jeffa bez ciuchow nawet jak je nosi xD ale ja dzisiaj pieprze od rzeczy xD

  5. everyman
    lut 25, 2012 @ 19:52:09

    Jak się zabieram za wasze opowiadania, to aż trudno się odkleić od nich. :) Byłam przy sekcji kilku gryzoni, to tyle. Dla celów edukacyjnych w szkole. Jak wyobrażam sobie tę bliznę, to widzę wielki dół zamiast oka i w ogóle wielką masakrę, ale to na szczęście tylko moja wyobraźnia. ;p
    Dużo weny życzę. :D

  6. Shivunia
    lut 25, 2012 @ 18:41:40

    everyman >> jaki maraton ;D fajniutko, że się podobał. To bardzo bardzo motywujące słyszeć takie ciepłe słówka :) “lubię zwierzątka (nawet podczas sekcji) :D” … byłaś przy sekcji jakiegoś zwierzaka? “strasznie mnie zastanawia jak wygląda ta jego blizna, że tak ją ukrywa. ” – uwierz mi, mnie też. Kryje się z tym jakby nie wiadomo co tam było ;p Ale liczę, że z czasem się to wyjaśni a Jeff pozna trochę więcej Williama, a nie tylko jego fanatycznej natury XD Jeszcze raz dzięki za komentarz ;)

  7. everyman
    lut 25, 2012 @ 17:32:23

    Właśnie przeczytałam wszystkie rozdziały i.. Ach. *-* genialny klimat, pomysł, dialogi i bohaterowie. Jak na razie bardziej lubię Willa. Nasze fascynacje są dość podobne. Choć ja i tak raczej jestem normalniejsza i lubię zwierzątka (nawet podczas sekcji) :D I strasznie mnie zastanawia jak wygląda ta jego blizna, że tak ją ukrywa. Ale mimo że William to mój namber łan, to Jeffa też lubię. I jego mięśnie. I ten podły charakterek też. W ogóle mam cichą nadzieję, że dojdzie do wniosku, że
    białe dupy i chude ciałka to jednak jego typ. :D
    Już nie mogę sie doczekać ich dalszej podróży.

  8. Katka
    lut 25, 2012 @ 09:14:14

    Ayame, “ostatecznie, że coś Will’owi odgryzie w wodzie jego sprzęt” – no wiesz?! I co by potem taki Will zrobił z czasem, który poświęcał na fapanie? Aż takiej wyobraźni nie ma, by tyle czasu czymś zapełnić XD “Jeff mógłby ostatecznie przekonać się do Willa i częściej lubić jego tyłek i lizaka” – a to to Will popiera XD

    Shinu, faktycznie, z tą sceną z Supernatural może się kojarzyć! XD Nie pomyślałam o tym, hehe. A co do uczucia. Wiesz, my też lubimy, jak poza pożądaniem jest jeszcze jakaś uczuciowa podstawa, więc spoko :) Chłopcy dopiero się poznają i muszą jeszcze zaakceptować swoje wady. To spora przeszkoda XD

  9. Shinu
    lut 25, 2012 @ 02:40:03

    Przez całą notkę miałam tylko jedno skojarzenie z tym sercem. Przypomniała mi się scena z Supernaturals kiedy jeden z bohaterów, w kostnicy, podsuwa pudełko z ludzkim sercem do drugiego z tekstem “Be my valentine?” xDD Niemal nie mogłam się doczekać, aż Will odwali coś podobnego, chociaż kwestia z “głaskaniem” słoika też była niecodzienna xD Właśnie za to kocham Willa :3
    Więc ich podróż się przeciągnie… jeeeeej! :D Może jakoś w końcu zapałają do siebie chociaż malutkim uczuciem? Strasznie mi tego brakuje w tym tekście. Jakoś tam, aż za bardzo, kontrastuje z FDTS i NBTS, które aż emanują różnymi uczuciami miłosnymi i takie tam. Pozostaje mi czekać z nadzieją… ech. *chlip*
    Przynajmniej już wiemy skąd się wtedy wziął Isaac(o ile dobrze wywnioskowałam z tekstu) i po co go “porwał” xD

  10. Ayame
    lut 24, 2012 @ 23:16:04

    A miałam nadzieję, że jakiś wielki brzydki robal wyskoczy na Will’a i Jeff stanie w jego obronie – nago… ostatecznie, że coś Will’owi odgryzie w wodzie jego sprzęt xD *wizja latającej ryby*. Jeff mógłby ostatecznie przekonać się do Willa i częściej lubić jego tyłek i lizaka xD

    No to chłopcy, macie dokumenty to sio w dalszą podróż <3

  11. Katka
    lut 24, 2012 @ 23:11:51

    Floo, “No ejjj, za spokojnie było” – hehe, widać bajkowa rezydencja działa na nich uspokajająco i nawet słoiki z narządami nie są w stanie Jeffa na tyle wytrącić z równowagi, by pożarł się z Willem. A może to za sprawą tego, że Will był bardziej zajęty swoimi “zabawkami” niż Jeffem :) Spoko, jeszcze się u nich sporo podzieje :)
    No. To się cieszę, że przegięcie Willa wydaje się uzasadnione XD

  12. Floo
    lut 24, 2012 @ 21:42:31

    Oj no co tak spokojnie? Żadnej kłótni? Żadnych przepychanek? No ejjj, za spokojnie było :D
    Padłam jak Jeff gwizdnął na Willa, czyżby mu się widok jednak podobał XD?
    No proszę Jeff jednak zdradził tajemnice rządową! No to już wiemy kto ich “wynajął” i…. nic nam to w sumie nie daje. Chociaż może, skoro to Departament Wojny, to może tu były robione eksperymenty z nową bronią biologiczną, albo upiorytową?!
    Ach zagadki się piętrzą, i są obleśne!

    Książka idealna dla Willa. Można człowieka obejrzeć od środka… no ale nic dziwnego że teraz jest przegięty na tym punkcie, skoro bawił się takimi rzeczami w dzieciństwie XD

  13. Katka
    lut 24, 2012 @ 20:35:58

    Margo, oooch, tak, Jeff jako pokojówka w fartuszku… gorące XD Już widzę, jakby łaził po korytarzach ze szczotką i warczał i klął pod nosem jak szewc na to nieszczęście i poniżenie, jakie go spotkało XD A Willuś by się bawił swoimi słoikami na poddaszu :) Ta wizja ma coś w sobie XD Niestety wiecznie w ośrodku siedzieć nie mogą :( Ale jeszcze wiele przed nimi! Chociaż nie sądzę, by Jeff dostąpił zaszczytu robienia za pokojówkę XD

  14. Margo
    lut 24, 2012 @ 16:21:38

    “Jak na panienkę z burdelu”….! – rozwaliło mnie to i w ogóle ich zachowanie rano, to że Jeff nie hamował się z rozebraniem do naga przy Willu żeby wziąć “prysznic” w rzece. W sumie to po tak namiętnej nocy to czego ma się wstydzić, ale to zawsze inaczej i to w sumie tylko Jeff więc co go tam wie….
    I fajnie, że wreszcie się ze sobą jakoś dogadują….wszystko zmierza we właściwym kierunku :)))))))))
    I tak skoro Jeff ma swoje pasje, to Will też czegoś się musi doczepić, a że akurat wiąże się to z jego profesją to tym lepiej… Przecież, tak jakby, każdy ma swój świat, swoje kredki, ludziki w kieszeniach i bałagan na strychu, to co Will ma być gorszy? Skoro lubi bawić się wszystkim co ludzkie, a zwierząt się brzydzi i bi, to nawet mógłby w tym szpitalu zamieszkać. Oczywiście pomijając kwestię pozostałości truposzy i ohydnych larw, ale przecież Jeff może mu pomóc posprzątać…heheh Jeff jako pokojówka w fartuszku – sorry, ale akurat taki niemożliwy obraz ukazał mi się przed oczami…! :P;p;p

  15. Katka
    lut 24, 2012 @ 15:55:06

    Gordon, “ale mam rozkmine bo niby handel narzadami to jedno ale nie da sie choremu przeszczepic calego ukladu pokarmowego a tam byl. albo jakies dlonie wtf” – no właśnie, co tam doktorek takiego wykombinował :) Cieszę się, że tak to wzbudza ciekawość. W końcu to zadanie Jeffa i Willa, by dowiedzieć się sedna tej sprawy.

    Elis, “To smutne, że on się tak ucieka od Willa.” – smutne, smutne… Chociaż można mu wybaczyć te chwile słabości, bo Willuś troszkę niepokojący potrafi być. Ważne, że Jeff tak czy tak jest na niego skazany i dochodzi jednak do bliższych kontaktów :D Och, no i tak, z niewinnego wyjazdu na zjazd naukowców wyszła taka długa podróż :) Żaden z nich się tego nie spodziewał, a tym bardziej, że faktycznie szybko się nie rozdzielą :)

    O., właśnie! Jeff się podnieca swoim hobby, a Will swoim, więc to całkiem normalne. W końcu hobby są specyficzne. Na nas, jarających się homo-opkami, pewnie też by się wielu gapiło tak jak czasami Jeff na Willa XD

  16. O.
    lut 24, 2012 @ 14:40:31

    Żywe mięso, to coś co Jeff uwielbia:D
    Will to słodziak a nie wariat! Przecież jakby Jeff zobaczył jakieś pistolety etc, to też by sobie je pomacał. A ta tajna agencja może też być rajem i dla Willa, tam na pewno miałby wiele stworków i innych słoiczków do badania,
    Boże! Wizja nagiego, gwizdającego jest cudowna!

  17. Elis
    lut 24, 2012 @ 12:18:45

    “Uśmiechnął się pod nosem, po czym przyłożył palce do ust i zagwizdał na nich bardzo głośno, jak na panienkę z burdelu.” Kocham go. Facet mnie rozbraja. Chociaż szkoda, że nie obudzili się razem, wtuleni w siebie. Moja romantyczna dusza się odzywa. :)
    “Jeff powstrzymał się, aby się nie odsunąć.” To smutne, że on się tak ucieka od Willa. W takich sytuacjach nie chciałabym być na miejscu doktorka, jestem za wrażliwa na takie sytuacje. W teście wyszedł mi przecież Peterson. :)
    “To nic, że będąc w sali operacyjnej odpłynął na długi moment myślami, kiedy patrząc na łóżko dla pacjentów, wyobraził sobie rozłożonego tam Jeffersona, którego mógłby wziąć w swoje posiadanie.” Tym, Will rozłożył mnie na łopatki. Będzie mu trudno wziąć w swoje posiadanie Jeffa, ale może z czasem. I uwielbiam u doktorka, to, że potrafi się podniecić w ciągu sekundy. :)

    Coś, nie coś Ranger dał z siebie wyciągnąć. W tym świecie, kiedy jest tyle dziwnych stworów nic dziwnego, że powstała taka Tajna Agencja Bezpieczeństwa i Wynaturzeń. To znaczy, że ktoś musiał dać im znać, co dzieje w tym ośrodku.
    Zapomniałam, że Will miał jechać tylko na tą wystawę i wrócić do domu, a tu wszystko się zmieniło i wyruszył w podróż. Chociaż wtedy nie spotkałby ponownie Jeffa, a ten by się ciągle nie wkurzał na niego.
    Cieszę się, że chłopcy wyruszą dalej i się na razie nie rozdzielą. :)

  18. Gordon
    lut 24, 2012 @ 10:46:37

    chyba Mocca miala racja, byl seks ostatnio to teraz cos oblesnego ;p ale mam rozkmine bo niby handel narzadami to jedno ale nie da sie choremu przeszczepic calego ukladu pokarmowego a tam byl. albo jakies dlonie wtf xD jakis jebniety ten doktorek byl i szkoda ze zdechl bo by go mozna bylo przycisnac. Ale to moze lepiej bo maja wiecej zagadek i beda dluzej podrozowac ]:-> wreszcie Jeff zaczal gadac xD ta agencja brzmi powaznie a oni robia tajnie dla rzadu. odlot, jestem zachwycony coraz bardziej o ile mozna. no i rozwalil mnie poczatek i ten gwizd na Willa mwahahahaha. Jeff rzadzisz.

Dodaj komentarz

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

WordPress.com Logo

You are commenting using your WordPress.com account. Log Out / Zmień )

Twitter picture

You are commenting using your Twitter account. Log Out / Zmień )

Facebook photo

You are commenting using your Facebook account. Log Out / Zmień )

Connecting to %s

Follow

Otrzymuj każdy nowy wpis na swoją skrzynkę e-mail.

Join 49 other followers